Zespół Dworsko - Parkowy Olszynka

Zespół Dworsko - Parkowy Gdańsk Olszynka zbudowany w latach: 1790-1802 we wsi Mała Olszynka (niem. Klein Walddorf), która w sierpniu 1933 roku została włączona w granice administracyjne Gdańska. Dwór wpisano do rejestru zabytków w dniu 15 października 1973 roku, poz. nr 646 (obecnie nr 767). Od wiosny 2018 roku właścicielem zabytku jest Centrum Chrześcijańskie NOWE ŻYCIE

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Światło z przeszłości

Minął miesiąc od odwiedzin wnuczki Klausa Neufeldta, dawnego właściciela Dworu Olszyńskiego, a ja wciąż jestem pod wrażeniem prezentu, jaki Kirsten Neufeldt-Klas przywiozła mi od jej Mamy. Do tego stopnia zachwyciło mnie to dzieło, że z prośbą o jego ocenę zwróciłem się do Grzegorza Gorczyńskiego, naszego przyjaciela z dawnych lat, który dał mi się poznać z dużego znawstwa w tej dziedzinie. Grzegorz nie tylko wspaniałomyślnie odpowiedział na moją prośbę, ale napisał niezwykły esej na temat sprezentowanego mi dzieła. Sami zresztą, proszę, poczytajcie...

Światło z przeszłości
Esej o witrażu z gdańskiej Olszynki, kunszcie niemieckich mistrzów i zatartych granicach

W miniaturowym świecie zamkniętym w ołowianych ramach powojennego witraża historia nie toczy się linearnie – ona nakłada się warstwami, dokładnie tak, jak materie, z których dzieło to zostało stworzone. Niewielki szklany obraz przedstawiający klasycystyczny Dwór Olszynka pod Gdańskiem to coś znacznie więcej niż popis rzadkiej techniki rzemieślniczej. To materialny zapis ludzkiej tęsknoty, dowód genialnego zmysłu niemieckich mistrzów grawerstwa oraz poruszający symbol polsko-niemieckiego pojednania, które dokonało się ponad bolesną cezurą II wojny światowej.

Aby w pełni zrozumieć dramaturgię wpisaną w ten obiekt, należy najpierw przyjrzeć się jego unikalnej tkance technologicznej. Witraż ten jest dziełem wymagającym iście jubilerskiej precyzji, powstałym w technice grawerowania na szkle warstwowym, zwanym we współczesnej literaturze szklarskiej szkłem flaszowanym1. Wbrew pozorom, bazą kompozycji nie jest szkło kolorowe, lecz gruba, całkowicie bezbarwna i przezroczysta tafla (szkło transparentne), która stanowi szkielet konstrukcyjny całego obiektu2. To na nią, jeszcze w procesie hutniczym, naniesiono niezwykle cienkie, powierzchniowe powłoki kolorowe – w tym przypadku warstwę bursztynowo-żółtą oraz mlecznobiałą.

Sekretem i zarazem największym trudem tej metody nie jest dodawanie barwnika, lecz jego kontrolowane, mechaniczne usuwanie. Niemieccy mistrzowie grawerstwa (Graveurmeister), działający w latach 50. XX wieku w tradycyjnych ośrodkach rzemieślniczych Bawarii czy Nadrenii, doprowadzili tę metodę do perfekcji3. Praca nad takim pejzażem przypominała rzeźbienie w świetle. Za pomocą miniaturowych tarcz szlifierskich oraz rylców diamentowych artysta centymetr po centymetrze „zdzierał” wierzchnie, kolorowe skórki ze szklanej bazy. Aby uzyskać bursztynowe niebo, grawer całkowicie usunął mleczną biel, pozostawiając warstwę żółtą. Kontury dworku i koron drzew powstały z nienaruszonej powłoki białej, w której za pomocą precyzyjnych nacięć wymodelowano fakturę dachu i liści. Z kolei w miejscach, gdzie światło ma błyszczeć najmocniej – w oknach dworku czy w refleksach na wodzie – artysta przebił się najgłębiej, usuwając cały kolor i docierając do czystej, bezbarwnej bazy4. Przyglądając się witrażowi pod kątem, dostrzegamy te mikroskopijne różnice poziomów. Ptasiej perspektywy dopełnia fotograficzna wręcz iluzja: w oknie witraż ożywa w słońcu, a na ciemnym tle chropowate nacięcia rozpraszają światło, przeobrażając obraz w srebrzysty negatyw.

Za tą techniczną maestrią kryje się jednak głęboka ludzka nostalgia, nierozerwalnie związana z powojenną historią Europy Środkowej. Datowany na około 70 lat obiekt powstał w latach 50. XX wieku w Niemczech Zachodnich. Był to czas, gdy miliony przesiedleńców z dawnych ziem wschodnich (niem. Heimatvertriebene) zmagały się z traumą utraty swoich małych ojczyzn5. Wśród nich była dawna mieszkanka gdańskiej Olszynki (przedwojennego Bürgerwalde) z rodu Neufeldtów, do których niegdyś należał ten majątek6. Zabrawszy ze sobą jedyną ocalałą pamiątkę – starą, przedwojenną fotografię rodzinnego domu – udała się do niemieckiego warsztatu grawerskiego z prośbą o utrwalenie tego widoku. Dla niej ten obraz był kapsułą czasu. Niemiecki mistrz wiernie odtworzył unikalną architekturę zespołu dworskiego z 1802 roku: piętrowy dom mieszkalny z regularnym rytmem osi okiennych, charakterystyczny niski łącznik bramny oraz stajnię z rzędem malowniczych lukarn na mansardowym dachu7. Pod budynkiem wygrawerował pas wody – bezpośrednie odniesienie do żuławskiego krajobrazu i sąsiedztwa Motławy.

Przez dekady ten mały witraż wisiał w jakimś niemieckim domu, będąc niemym świadkiem tęsknoty. Tymczasem w powojennym Gdańsku rzeczywisty Dwór Olszynka dzielił tragiczny los wielu innych zabytków – zamieniony w zaniedbane mieszkania komunalne i zaplecze gospodarcze, powoli popadał w całkowitą ruinę. Historia dopisała jednak do tego dramatu niesamowity epilog. W drugiej dekadzie XXI wieku niszczejący kompleks przejęli nowi gospodarze – pastor oraz wspólnota Kościoła Zielonoświątkowego (Centrum Chrześcijańskie „Nowe Życie”)8. Ich tytaniczna praca i determinacja sprawiły, że zabytek powstał z popiołów, stając się żywym miejscem modlitwy i spotkań.

Wtedy właśnie wydarzeniami pokierował gest najpiękniejszy – dawna mieszkanka postanowiła podarować witraż obecnemu pastorowi zboru. W tym jednym akcie przekazania zawiera się potężny motyw chrześcijańskiego i ludzkiego pojednania. Oddanie tak intymnej, rodzinnej pamiątki w ręce ludzi, którzy na nowo tchnęli życie w mury dworku, to symboliczne przekazanie sztafety pamięci. To dowód na to, że miłość do dziedzictwa i szacunek dla historii potrafią leczyć rany przeszłości i burzyć mury wzniesione przez politykę.

Witraż z Olszynki powrócił do domu. Nie jest już tylko nostalgicznym wspomnieniem utraconego świata ani chłodnym popisem niemieckiego kunsztu rzemieślniczego. Stał się duchowym mostem rozpiętym między dawnym Bürgerwalde a dzisiejszym Gdańskiem, udowadniając, że prawdziwe piękno i przebaczenie zawsze potrzebują światła, by w pełni się zamanifestować.

Grzegorz Gorczyński

 

Przypisy (Bibliografia):

[1] O. Schürer, Die Kunst der Glasgravur und des Überfangglases, Monachium 1964, s. 42–45. (Klasyczne opracowanie dotyczące powojennego rozwoju technik grawerowania na szkle dwuwarstwowym w Europie Środkowej).

[2] K. Breit, Technologia szkła artystycznego: metody dekorowania powierzchni, Warszawa 1982, s. 112–115. (Opis struktury szkła flaszowanego, gdzie bazę stanowi gruba warstwa transparentna, a dekorację cienkie powłoki barwne).

[3] H. Mode, Das deutsche Graveurhandwerk in der Nachkriegszeit, Stuttgart 1978, s. 89–93. (Analiza działalności niemieckich mistrzów grawerstwa i powstawania warsztatów rzemieślniczych w RFN po 1945 roku).

[4] J. Dunst, Tradycyjne techniki witrażowe i grawerskie, Toruń 2011, s. 204. (Omówienie techniki uzyskiwania efektu światłocienia i głębokich przebić do bazy transparentnej w plakietach pamiątkowych).

[5] A. Kossert, Przesiedleńcy. Niemcy ze Wschodu w powojennej historii RFN, Warszawa 2011, s. 147–152. (Szerokie tło historyczne dotyczące zjawiska nostalgii za utraconymi majątkami ziemskimi wśród wysiedlonych).

[6] Katalog Zabytków Sztuki w Polsce: Miasto Gdańsk, t. V, cz. 1, Warszawa 2006, s. 312. (Notatka historyczna o zespole dworskim Bürgerwalde/Olszynka, strukturze własnościowej i rodzinie Neufeld).

[7] Gedanopedia, Dwór Olszynka (Bürgerwald), Fundacja Gdańska [dostęp: 24.08.2026]. (Szczegółowy opis architektoniczny dworku: podział na budynek mieszkalny, łącznik i oficynę z lukarnami oraz opis parku i stawów).

[8] Serwis Informacyjny CC „Nowe Życie”, Historia odbudowy zespołu dworsko-parkowego przy ul. Olszyńskiej 37, Gdańsk 2018 [dostęp: 24.08.2026]. (Dokumentacja przejęcia obiektu w 2013 roku przez zbór Kościoła Zielonoświątkowego i przebiegu prac renowacyjnych).

piątek, 5 czerwca 2026

Legenda o malowidle w naszym dworze

Jako, że wczoraj przejeżdżałem motocyklem przez Cecenowo, przypomniała mi się opowieść śp. prof. Jerzego Sampa o tym, jak rzekomo doszło do pojawienia się na ścianie naszego dworu malowidła z motywem marynistycznym. Oto jej treść:

Klęcząca panna

Pastorówka była jednym z domów przy ulicy Świętej Trójcy na Starym Przedmieściu w Gdańsku. Budowli tej dziś już nie znajdziemy. Z drugiej strony ulicy jest jednak dom o podobnej konstrukcji z drewnianą ambonką na zewnątrz. Mieszkają tu ojcowie franciszkanie, do których poza wielką świątynią należy też kaplica Świętej Anny. W pofranciszkańskim klasztorze luteranie otworzyli gimnazjum akademickie. Kazania głosili we wspomnianym kościółku lektorzy języka polskiego. Najwięcej zaś zasług na polu propagowania polszczyzny w dziewiętnastym stuleciu miał Krzysztof Celestyn Mrongowiusz. Pochodził wprawdzie z Mazur, lecz blisko połowę pracowitego i długiego życia spędził w umiłowanym Gdańsku. Uczył też w szkole świętojańskiej.

We wspomnianej pastorówce wcześniej gościł zapewne kapelan książąt pomorskich Mostnik, zwany też Pontanusem. Wprawdzie nie mieszkał w Gdańsku, ale dość często tu bywał. Zresztą dla ratowania mowy Słowińców drukował w gdańskiej oficynie Jerzego Rheta swój Mały katechizm. Być może współczesny Mrongowiuszowi luterański duchowny Lorek, również jak on z urodzenia Mazur, opowiadał mu zasłyszaną jeszcze w Cecenowie, gdzie pracował, historię o dwojgu zakochanych, którzy poznali się w okolicach Łeby.

Dziewczynie było na imię Agnes, na jej umiłowanego zaś wołano Albin. Poznali się na nabrzeżu. Młodemu rybakowi wcale się nie podobało, że ostatnią ludzką istotą, którą dojrzał przed odpłynięciem, była młoda niewiasta. Ta zaś żegnała go wzrokiem, nieświadoma, że oto łamie pewien zakaz. Wedle bowiem silnie zakorzenionych przesądów, nie mogło to wróżyć niczego dobrego. Tym razem było jednak inaczej. Nie dość, że przez czas połowu Albinowi sprzyjały najkorzystniejsze wiatry, to jeszcze trafił na wymarzoną ławicę. O ile dwie inne łodzie żaglowe poławiających wokół rybaków były tak samo płytko zanurzone jak wówczas, gdy wypływali na łów, o tyle on ze swoją załogą nie mogli nadążyć z wyciąganiem pękatych i ciężkich od ryb sieci.

Wracał do przystani co prawda bardzo utrudzony, lecz w doskonałym nastroju. Jakież było jego zdziwienie, gdy na brzegu dostrzegł tę samą co przedtem dziewczynę. Tym razem uznał to za jakiś znak i postanowił odtąd nie wierzyć przesądom związanym z wyruszaniem w morze na połów w obecności kobiet.

Nieznajoma gościła w pobliskiej osadzie Smołdzino, ponieważ właśnie odwiedzała tam dalszych krewnych. Była córką bardzo zamożnego gdańszczanina. Rybak odważnie zapytał, jak się nazywa, a gdy usłyszał, że Agnes, wziął to za dobrą wróżbę. Wszak imię to zaczynało się na tę samą literę co jego własne. Albin uznał, że musi w tym być jakieś zrządzenie losu, nie zaś zwykły przypadek. I oto oboje wkrótce stali się nierozłączną parą.

Ona gotowa była zapomnieć, że jest gdańszczanką pochodzącą z zacnego rodu, on zaś zdawał się zupełnie nie pamiętać o tym, iż należy do prostych słowińskich rybaków. Dni upalnego lata szybko mijały. Złowiona ryba dobrze się sprzedawała, lecz w końcu młodzi musieli się rozstać.

Na to tylko czekał przewrotny Smętek, zły duch nadmorskich rubieży. Najpierw udał się do rodziców Agnes. Pewnego dnia odwiedził gdański kantor jej ojca przebrany za sołtysa ze Smołdzina. Załatwiając jakąś pożyczkę, niby to od niechcenia wspomniał, że córce pochodzącej z rodu o tak dobrej sławie nie godzi się zadawać ze zwykłym rybakiem, mieszkańcem ubogiej osady pod wydmami. Poskutkowało. Gdańszczanin natychmiast kazał służbie sprowadzić dziewczynę do miasta.

Zabrana od krewnych wbrew swej woli ledwie zdążyła się pożegnać z Albinem. Obiecała jednak, że wkrótce do niego wróci. Potem zły Smętek poddał rybaka straszliwej próbie. Albin łowił na swej łodzi żaglowej i nie po raz pierwszy znajdował się tak daleko od lądu, że ledwie widział zarysy Helu. Nagle zerwał się groźny sztorm. W jednej chwili stracił maszt wraz z żaglami. Potem wysokie jak nadmorskie sosny fale zatopiły jego łódź. Po szczątkach wyrzuconych przez morze na brzeg stwierdzono, czyją własnością był kuter.

Smutna wiadomość o katastrofie dotarła wnet do Gdańska. Mówili na jej temat głównie poszkodowani szyprowie, którym jednak udało się cało wyjść z morskiej zawieruchy. Wkrótce z Targu Rybnego wieść dotarła do kantoru ojca dziewczyny. Ta zaś, gdy tylko ją usłyszała, nikogo nie pytając o zgodę, ruszyła konno do przystani Słowińców. Próżno jednak spodziewała się tam zastać swojego Albina. Od czasu feralnego sztormu wszelki ślad po nim zaginął. Rybacy z osady powiedzieli jej tylko, że umiłowany popłynął na wschód, by natrafić na jak najlepszą ławicę ryb, i już nie wrócił, a dalsze wyczekiwanie go nie ma najmniejszego sensu.

Smętek triumfował, jednakże Agnes nie zamierzała dawać za wygraną. Od tamtego dnia widywano ją, jak każdego ranka i wieczora klęczy na szczycie wydmy, zwrócona ku wschodowi i ze złożonymi rękami modli się, by powrócił. Mówiono nawet, że z tęsknoty postradała zmysły. Nie zważała nawet na kaprysy pogody.

Wraz z nią cierpieli też jej rodzice. Nie taką przyszłość jedynego dziecka sobie wyobrażali. W końcu ojciec udał się po poradę do człowieka uznawanego powszechnie przez ówczesnych gdańszczan za mędrca. Ten, dowiedziawszy się, z jakim kłopotem do niego przychodzi, zaczął w swoich myślach kreślić sylwetkę zwróconej na wschód panny klęczącej na szczycie piaszczystej wydmy, ze złożonymi do modlitwy dłońmi. Ależ tak! Przypominała mu kontury Bałtyku widziane w oficynie znanego gdańskiego drukarza. Właśnie odbijał na czerpanym papierze sporego formatu mapę tej części kontynentu, starannie opracowaną przez mistrza kartografii.

Wiedział też, że Agnes postąpiła tak, jak jej dyktowało serce. Zaczął więc z pomocą wielkiej szklanej soczewki przypatrywać się tej części morza, gdzie Bałtyk wyobrażony jako klęcząca panna mógł mieć serce.

-Tu musicie szukać Albina, o ile jeszcze żyje - powiedział kupcowi mędrzec, wskazując pewien punkt.

Ten, niewiele się zastanawiając, przekazał odpowiednie namiary kapitanom swoich statków handlowych, którzy natychmiast ruszyli na ratunek.

Pomoc przyszła w samą porę. Odnaleźli nieprzytomnego Albina, którego wyziębione ciało od paru dni dryfowało po wodach Bałtyku na kawałku drewnianej burty. Tylko tyle zostało z jego łodzi. Przez całe tygodnie wracał do sił w szpitaliku przy Długich Ogrodach, noszącym imię patronki Kaszub świętej Barbary. A gdy go tam odwiedziła promieniejąca ze szczęścia Agnes, oboje postanowili już na zawsze pozostać w grodzie nad Motławą. Tutaj założyli rodzinę i ufundowali dla kościółka w Smołdzinie dzwon wdzięczności za ocalone życie. Odlany przez gdańskiego ludwisarza Michała miał pierwotnie trafić do innej zupełnie świątyni, lecz wojna północna pokrzyżowała wiele planów. Do dzisiaj służy tamtejszym wiernym. Również i tym razem kaszubski Smętek musiał przegrać z ludźmi, którym pragnął zaszkodzić.

Agnes i Albin doczekali się sporej gromadki dzieci. Każde z nich dobrze znało historię poznania się ich rodziców. Jeden z wnuków tak bardzo się do niej przywiązał, że postanowił jakoś utrwalić choćby fragment opowieści. Będąc właścicielem okazałego dworu na gdańskiej Olszynce, kazał ścianę pałacowej sieni ozdobić jedynym w swoim rodzaju malowidłem. Widać je w pełnej krasie z salonu na piętrze po otwarciu korytarzowych drzwi. To nawiązanie do udanego połowu ryb przez Albina po tym, jak po raz pierwszy ujrzał swoją Agnes. Obraz ścienny szczęśliwie przetrwał do naszych czasów. Kto wie, może to właśnie przy nim pastor Lorek wszystko to opowiedział zacnemu Mrongowiuszowi? A może wcale tak nie było?

Jerzy Samp