Klęcząca panna
Pastorówka była jednym z domów przy ulicy Świętej Trójcy na Starym Przedmieściu w Gdańsku. Budowli tej dziś już nie znajdziemy. Z drugiej strony ulicy jest jednak dom o podobnej konstrukcji z drewnianą ambonką na zewnątrz. Mieszkają tu ojcowie franciszkanie, do których poza wielką świątynią należy też kaplica Świętej Anny. W pofranciszkańskim klasztorze luteranie otworzyli gimnazjum akademickie. Kazania głosili we wspomnianym kościółku lektorzy języka polskiego. Najwięcej zaś zasług na polu propagowania polszczyzny w dziewiętnastym stuleciu miał Krzysztof Celestyn Mrongowiusz. Pochodził wprawdzie z Mazur, lecz blisko połowę pracowitego i długiego życia spędził w umiłowanym Gdańsku. Uczył też w szkole świętojańskiej.
We wspomnianej pastorówce wcześniej gościł zapewne kapelan książąt pomorskich Mostnik, zwany też Pontanusem. Wprawdzie nie mieszkał w Gdańsku, ale dość często tu bywał. Zresztą dla ratowania mowy Słowińców drukował w gdańskiej oficynie Jerzego Rheta swój Mały katechizm. Być może współczesny Mrongowiuszowi luterański duchowny Lorek, również jak on z urodzenia Mazur, opowiadał mu zasłyszaną jeszcze w Cecenowie, gdzie pracował, historię o dwojgu zakochanych, którzy poznali się w okolicach Łeby.
Dziewczynie było na imię Agnes, na jej umiłowanego zaś wołano Albin. Poznali się na nabrzeżu. Młodemu rybakowi wcale się nie podobało, że ostatnią ludzką istotą, którą dojrzał przed odpłynięciem, była młoda niewiasta. Ta zaś żegnała go wzrokiem, nieświadoma, że oto łamie pewien zakaz. Wedle bowiem silnie zakorzenionych przesądów, nie mogło to wróżyć niczego dobrego. Tym razem było jednak inaczej. Nie dość, że przez czas połowu Albinowi sprzyjały najkorzystniejsze wiatry, to jeszcze trafił na wymarzoną ławicę. O ile dwie inne łodzie żaglowe poławiających wokół rybaków były tak samo płytko zanurzone jak wówczas, gdy wypływali na łów, o tyle on ze swoją załogą nie mogli nadążyć z wyciąganiem pękatych i ciężkich od ryb sieci.
Wracał do przystani co prawda bardzo utrudzony, lecz w doskonałym nastroju. Jakież było jego zdziwienie, gdy na brzegu dostrzegł tę samą co przedtem dziewczynę. Tym razem uznał to za jakiś znak i postanowił odtąd nie wierzyć przesądom związanym z wyruszaniem w morze na połów w obecności kobiet.
Nieznajoma gościła w pobliskiej osadzie Smołdzino, ponieważ właśnie odwiedzała tam dalszych krewnych. Była córką bardzo zamożnego gdańszczanina. Rybak odważnie zapytał, jak się nazywa, a gdy usłyszał, że Agnes, wziął to za dobrą wróżbę. Wszak imię to zaczynało się na tę samą literę co jego własne. Albin uznał, że musi w tym być jakieś zrządzenie losu, nie zaś zwykły przypadek. I oto oboje wkrótce stali się nierozłączną parą.
Ona gotowa była zapomnieć, że jest gdańszczanką pochodzącą z zacnego rodu, on zaś zdawał się zupełnie nie pamiętać o tym, iż należy do prostych słowińskich rybaków. Dni upalnego lata szybko mijały. Złowiona ryba dobrze się sprzedawała, lecz w końcu młodzi musieli się rozstać.
Na to tylko czekał przewrotny Smętek, zły duch nadmorskich rubieży. Najpierw udał się do rodziców Agnes. Pewnego dnia odwiedził gdański kantor jej ojca przebrany za sołtysa ze Smołdzina. Załatwiając jakąś pożyczkę, niby to od niechcenia wspomniał, że córce pochodzącej z rodu o tak dobrej sławie nie godzi się zadawać ze zwykłym rybakiem, mieszkańcem ubogiej osady pod wydmami. Poskutkowało. Gdańszczanin natychmiast kazał służbie sprowadzić dziewczynę do miasta.
Zabrana od krewnych wbrew swej woli ledwie zdążyła się pożegnać z Albinem. Obiecała jednak, że wkrótce do niego wróci. Potem zły Smętek poddał rybaka straszliwej próbie. Albin łowił na swej łodzi żaglowej i nie po raz pierwszy znajdował się tak daleko od lądu, że ledwie widział zarysy Helu. Nagle zerwał się groźny sztorm. W jednej chwili stracił maszt wraz z żaglami. Potem wysokie jak nadmorskie sosny fale zatopiły jego łódź. Po szczątkach wyrzuconych przez morze na brzeg stwierdzono, czyją własnością był kuter.
Smutna wiadomość o katastrofie dotarła wnet do Gdańska. Mówili na jej temat głównie poszkodowani szyprowie, którym jednak udało się cało wyjść z morskiej zawieruchy. Wkrótce z Targu Rybnego wieść dotarła do kantoru ojca dziewczyny. Ta zaś, gdy tylko ją usłyszała, nikogo nie pytając o zgodę, ruszyła konno do przystani Słowińców. Próżno jednak spodziewała się tam zastać swojego Albina. Od czasu feralnego sztormu wszelki ślad po nim zaginął. Rybacy z osady powiedzieli jej tylko, że umiłowany popłynął na wschód, by natrafić na jak najlepszą ławicę ryb, i już nie wrócił, a dalsze wyczekiwanie go nie ma najmniejszego sensu.
Smętek triumfował, jednakże Agnes nie zamierzała dawać za wygraną. Od tamtego dnia widywano ją, jak każdego ranka i wieczora klęczy na szczycie wydmy, zwrócona ku wschodowi i ze złożonymi rękami modli się, by powrócił. Mówiono nawet, że z tęsknoty postradała zmysły. Nie zważała nawet na kaprysy pogody.
Wraz z nią cierpieli też jej rodzice. Nie taką przyszłość jedynego dziecka sobie wyobrażali. W końcu ojciec udał się po poradę do człowieka uznawanego powszechnie przez ówczesnych gdańszczan za mędrca. Ten, dowiedziawszy się, z jakim kłopotem do niego przychodzi, zaczął w swoich myślach kreślić sylwetkę zwróconej na wschód panny klęczącej na szczycie piaszczystej wydmy, ze złożonymi do modlitwy dłońmi. Ależ tak! Przypominała mu kontury Bałtyku widziane w oficynie znanego gdańskiego drukarza. Właśnie odbijał na czerpanym papierze sporego formatu mapę tej części kontynentu, starannie opracowaną przez mistrza kartografii.
Wiedział też, że Agnes postąpiła tak, jak jej dyktowało serce. Zaczął więc z pomocą wielkiej szklanej soczewki przypatrywać się tej części morza, gdzie Bałtyk wyobrażony jako klęcząca panna mógł mieć serce.
-Tu musicie szukać Albina, o ile jeszcze żyje - powiedział kupcowi mędrzec, wskazując pewien punkt.
Ten, niewiele się zastanawiając, przekazał odpowiednie namiary kapitanom swoich statków handlowych, którzy natychmiast ruszyli na ratunek.
Pomoc przyszła w samą porę. Odnaleźli nieprzytomnego Albina, którego wyziębione ciało od paru dni dryfowało po wodach Bałtyku na kawałku drewnianej burty. Tylko tyle zostało z jego łodzi. Przez całe tygodnie wracał do sił w szpitaliku przy Długich Ogrodach, noszącym imię patronki Kaszub świętej Barbary. A gdy go tam odwiedziła promieniejąca ze szczęścia Agnes, oboje postanowili już na zawsze pozostać w grodzie nad Motławą. Tutaj założyli rodzinę i ufundowali dla kościółka w Smołdzinie dzwon wdzięczności za ocalone życie. Odlany przez gdańskiego ludwisarza Michała miał pierwotnie trafić do innej zupełnie świątyni, lecz wojna północna pokrzyżowała wiele planów. Do dzisiaj służy tamtejszym wiernym. Również i tym razem kaszubski Smętek musiał przegrać z ludźmi, którym pragnął zaszkodzić.
Agnes i Albin doczekali się sporej gromadki dzieci. Każde z nich dobrze znało historię poznania się ich rodziców. Jeden z wnuków tak bardzo się do niej przywiązał, że postanowił jakoś utrwalić choćby fragment opowieści. Będąc właścicielem okazałego dworu na gdańskiej Olszynce, kazał ścianę pałacowej sieni ozdobić jedynym w swoim rodzaju malowidłem. Widać je w pełnej krasie z salonu na piętrze po otwarciu korytarzowych drzwi. To nawiązanie do udanego połowu ryb przez Albina po tym, jak po raz pierwszy ujrzał swoją Agnes. Obraz ścienny szczęśliwie przetrwał do naszych czasów. Kto wie, może to właśnie przy nim pastor Lorek wszystko to opowiedział zacnemu Mrongowiuszowi? A może wcale tak nie było?
Jerzy Samp
